poniedziałek, 18 lipca 2016

przeszłość w płomieniach

Hej, 
co u Ciebie słychać? 
Mam Ci tyle do opowiedzenia, 
boję się, że może nie starczyć mi życia, 
aby wszystko nadrobić.

Tęskniłam, 
powiedz, błagam powiedz, że Ty też.

*

Z ciężkim westchnięciem opuściłam ogromną halę. Nigdzie nie mogłam dostrzec znajomej sylwetki, dlatego postanowiłam działać na własną rękę. Nie znałam się za dobrze na Londynie, jednak pamiętałam odpowiedni adres, który podałam kierowcy taksówki. Poinformował mnie o kwocie, jaką będę mu dłużna, ponieważ była to dosyć spora suma pieniędzy. Na szczęście miałam swoje oszczędności, dzięki czemu mogliśmy ruszyć.

– Skąd pochodzisz? – postanowił zapytać mężczyzna, przerywając panującą pomiędzy nami ciszę. Skrzywiłam się nieznacznie, gdyż miałam nadzieję, że będę mogła w spokoju posłuchać muzyki. Nie chciałam być niegrzeczna, dlatego wyciągnęłam słuchawki z uszu i schowałam je do bocznej kieszonki w torebce.

– Stąd. – odparłam po chwili, skupiając swoją uwagę na kierowcy. Widziałam w lusterku, że zmarszczył czoło.

– Nie brzmisz na Brytyjkę. – mruknął, wyraźnie skonsternowany. Cicho westchnęłam, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego faktu.

– Spędziłam jedenaście lat w Paryżu, gdzie podłapałam tamtejszy akcent. – odpowiedziałam, siląc się na uprzejmy ton. Zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie zignorować mężczyzny i nie oddać się dźwiękom moich ulubionych utworów.

– Och, to pewnie dlatego. Moja córka wyjechała na studia do Stanów. Wiesz, niby też angielski, a jednak mówi całkiem inaczej. Często nie potrafię jej zrozumieć. – kierowca próbował rozładować atmosferę, która wyraźnie zgęstniała pomiędzy nami. Z marnym skutkiem, jednak nie miałam zamiaru zachowywać się w stosunku do niego nieuprzejmie, dlatego skinęłam głową, lekko unosząc kąciki ust w górę. Starałam się zaśmiać, ale odgłos, jaki z siebie wydałam, brzmiał raczej, jak kaszel. Mężczyzna postanowił to jednak zignorować, na co odetchnęłam z ulgą. – A słyszałaś może o ostatnim pożarze przy ulicy, na którą chcesz się dostać? – zmarszczyłam brwi. Zaintrygował mnie. Nachyliłam się do przodu, dając mu jasny sygnał do kontynuowania swojej wypowiedzi, co na szczęście zrozumiał. – Przez ostatnie dwa tygodnie było o tym naprawdę głośno, cały Londyn huczał od informacji , ponieważ ogień był ogromny, mówiło się nawet, że ingerowała w to magia. Oczywiście, to plotki. Ale pożar zabrał ze sobą dwoje ludzi. – przełknęłam ślinę, poczułam dziwny ucisk w żołądku. Miałam dziwne przeczucie, że ich znałam.

– Wiesz, jak się nazywali? – zapytałam cicho, starając się zapanować nad drżeniem głosu, lecz nie było to takie proste.

– Niestety, nie. Ogień zniszczył wszystko. Do tej pory nie poznano tożsamości tych ludzi. – mój oddech stał się cięższy. – Z tego, co wiem podejrzewa się, że to właściciele tego domu, ale dopóki oficjalnie nie zostanie to potwierdzone, nikt nie chce niczego spekulować. – dodał, wprawiając mnie w jeszcze gorszy stan.

– Daleko jeszcze? – mruknęłam słabo, rozglądając się dookoła. Kompletnie nie rozpoznawałam owej okolicy. Przed oczami wciąż miałam Pola Elizejskie, czy Wieżę Eiffla, to między innymi te miejsca stały się najczęstszym miejscem spotkań grupy, do której należałam we Francji.

– Już niedaleko. – odparł, najwyraźniej w żaden sposób nie dotykały go wcześniej wypowiedziane słowa o ludzkiej tragedii. – Widzę, że naprawdę niczego tutaj nie znasz. – przytaknęłam, poprawiając się na fotelu.

– Wyjechałam stąd, zanim zdążyłam zasmakować prawdziwego londyńskiego życia. Miałam wtedy tylko siedem lat.

– Właściwie, dlaczego musiałaś wtedy wyjechać? Z tego, co zrozumiałem dalej masz tutaj rodzinę. – zagryzłam wnętrze policzka, bijąc się z myślami w mojej głowie. Nie znałam dokładnego powodu, przez który rodzice wysłali mnie do szkoły w innym kraju. Na początku zadawałam mnóstwo pytań, ale wraz z upływem kolejnych miesięcy po prostu się poddałam. Odsunęłam się od nich na tyle daleko, aby nawet nie odwiedzać ich w święta.

– Lepsza przyszłość. – powiedziałam, wzruszając ramionami. Postanowiłam nie powtarzać na głos swoich przemyśleń, uznałam, że wtedy wiedziałby o wiele za dużo.

– Jesteśmy. – rzucił po chwili ciszy, zatrzymując samochód tuż przy krawężniku. Skinęłam głową, powoli wychodząc z samochodu. Zamknęłam za sobą drzwi, rozglądając się dookoła. Nie pamiętałam stąd niczego, żadnego ważnego szczegółu. Moje serce nigdy nie było połączone z tym miejscem.

– Twój bagaż. – mężczyzna podał mi moją torbę, uśmiechnęłam się do niego, dziękując za podróż. Taksówkarz wciąż oglądał budynki wokół siebie, co chwilę zerkając na nawigację w telefonie. – Jaki numer domu mi podałaś? – zmarszczyłam czoło, kierując na niego swój wzrok.

– Dziesięć. – odparłam cicho, czując dreszcz niepokoju. Mężczyzna zbladł. Widziałam z jakim trudem łapał oddech. Powoli podniósł głowę, napotykając moje zdziwione spojrzenie. – Czy w ostatnim czasie miałaś kontakt ze swoją rodziną?

– Nie kontaktowałam się z nimi od ponad miesiąca. – taksówkarz przełknął ślinę, obracając głowę w prawo. Podążyłam jego śladem.

Przed moimi oczami pojawił się przerażający obraz zrujnowanego domu, w którym kiedyś ktoś mieszkał. To o nim opowiadał mi mężczyzna podczas jazdy, tylko dlaczego teraz zachowywał się w taki sposób?

– Możesz spróbować do nich zadzwonić? – kolejny raz zmarszczyłam czoło, jednak widząc wyraz jego twarzy wykonałam prośbę bez zbędnych słów.

Jeden sygnał, drugi, trzeci... Nic. Spróbowałam ponownie, ale wciąż nikt nie odpowiadał. Westchnęłam cicho.

– Słuchaj, na pewno mieszkasz pod numerem 10?

– Hej, to, że nie było mnie tak długo, nie znaczy, że nie pamiętam swojego adresu. – rzuciłam oburzona, krzyżując ręce na piersi.

– Nie o to mi chodziło...

– To o co? – wtrąciłam, co raz bardziej się niecierpliwiąc.

– Dom z numerem dziesięć spłonął dwa tygodnie temu. – poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce. Kilkukrotnie zamrugałam oczami, chcąc pozbyć się palącego uczucia. Bezskutecznie, słone łzy zamazywały mi obraz, powoli spływając po moich policzkach.

– Kłamiesz. – szepnęłam, kręcąc głową. – Oni żyją, przecież bym wiedziała! – podniosłam głos, taksówkarz widząc stan w jaki wpadam, wsiadł do samochodu i po prostu odjechał. Jednak nie winiłam go za to, sama nie potrafiłam pocieszać ludzi. Zresztą co mógł zrobić? Powiedzieć mi, że wszystko będzie w porządku? To najgorsze słowa, jakie można powiedzieć człowiekowi, który właśnie stracił ważną osobę w życiu.

Wzięłam głęboki oddech, pozwalając sobą na dalszą słabość. Poprawiłam torbę na ramieniu, powoli kierując się w stronę doszczętnie zniszczonego budynku, który niegdyś nazywałam swoim domem. Czułam pustkę. Moje serce zwolniło, oddech stał się ledwo słyszalny, mimo to kroczyłam w kierunku przeszłości. Przed oczami miałam twarz rodziców, którzy oznajmiali mi, że muszę wyjechać. Nie widziałam ich od prawie siedmiu lat, a od dziesięciu nie powiedziałam, że kocham.

Usiadłam na murku z tyłu budynku. Bawiłam się na nim, gdy miałam sześć lat razem z siostrą. Udawałam księżniczkę, ciągle ubierałam się w balowe sukienki, zakładałam diademy, biżuterię babci. Tutaj rozegrała się część mojego dzieciństwa.

I chociaż byłam na nich cholernie zła, w tym momencie czułam jedynie ogromny ból związany z ich całkowitą utratą. Chociaż żyliśmy w innych państwach, zawsze miałam świadomość, że oni tutaj byli, czekali. Teraz nie miałam nic, ponieważ nawet moja siostra nie raczyła się do mnie odezwać.

Westchnęłam cicho, ocierając kąciki oczu, w których od dłuższej chwili nie pojawiały się nowe łzy. Otworzyłam torbę, szukając telefonu komórkowego, który wrzuciłam do niej na oślep. W końcu udało mi się odnaleźć urządzenie, które od razu odblokowałam, po czym kolejny raz spróbowałam dodzwonić się do mojej siostry, jednak nawet po piątej próbie, wciąż odpowiadała mi automatyczna sekretarka.

– Dlaczego nie odbierasz, no dlaczego! – jęknęłam żałośnie pod nosem, chowając twarz w dłoniach. Nienawidziłam bezsilności. Nie miałam pojęcia, co dalej. Nie miałam tutaj nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc. Byłam całkowicie sama.

Zeszłam z murku, siadając na wilgotnej trawie. Kamienną ściankę wykorzystałam, jako oparcie, ponieważ zaczynał mi doskwierać ból w kręgosłupie.

Z torby podróżnej wyjęłam mój ulubiony kocyk, który kupiłam podczas wizyty w paryskim parku rozrywki. Okryłam się nim, ponieważ zaczynało się ściemniać, przez co temperatura także malała. Przymknęłam powieki, przytłoczona wydarzeniami z dzisiejszego dnia. Nawet nie zauważyłam, kiedy po kilku minutach po prostu odpłynęłam do krainy snów.

*

Obudziłam się przez głosy, które szeptały dookoła mnie. Nie otworzyłam oczu, jedynie delikatnie je uchyliłam, aby móc przyjrzeć się potencjalnym oprawcom.

– Jesteś pewna, że to ona? – zapytał rudowłosy chłopak, na którym właśnie zatrzymałam swój wzrok. Wyglądał na przerażonego całą sytuacją. Tylko dlaczego?

– Ron, jak mogłabym jej nie poznać! – odpowiedział dziwnie znajomy, dziewczęcy głos.

– Nie widziałaś jej przez kilkanaście lat, Hermiono. –  imię, które właśnie usłyszałam mną wstrząsnęło. Od razu doszłam do siebie. Gwałtownie wstałam, zaskakując tym wszystkich zebranych. Jak się okazało oprócz wspomnianej wyżej dwójki, był tu jeszcze jeden chłopak oraz dziewczyna.

Spoglądałam na nich ze zmarszczonymi brwiami, mierząc każdego po kolei chłodnym spojrzeniem, aż w końcu złapałam kontakt wzrokowy z doskonale znaną mi osobą. Uśmiechnęłam się kpiąco, gdy spoglądała na mnie ze strachem. Nie miała pojęcia, co byłam w stanie zrobić, stąd wynikało jej przerażenie.

– Bo...

Tak, to ja, siostrzyczko.

*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

« »
Layout by TYLER