poniedziałek, 18 lipca 2016

Brak komentarzy:

Czy boisz się magii, Bo?
To nie w niej tkwi problem,
a w ludziach, którzy jej używają.



 *


 W milczeniu przyglądałam się stojącej przede mną dziewczynie, która od kilku minut przeszukiwała swoją torbę.

– Mam. – rzuciła w końcu, wyciągając niewielką, białą ramkę. Zmarszczyłam brwi, gdy wyciągnęła dłoń z przedmiotem w moją stronę. – Pomyślałam, że będziesz chciała ją zachować. – z wahaniem chwyciłam za nią, obracając przodem do góry. Kiedy zobaczyłam znajdującą się w niej fotografię, poczułam, jak moje serce staje.

– Zabierz to. – mruknęłam, pospiesznie oddając jej przykre wspomnienie. Na zdjęciu była nasza czteroosobowa rodzina. Zostało zrobione podczas ostatnich świąt, które z nimi spędziłam, czyli około siedem lat temu.

– Bo, przestań. – widziałam w jej oczach ból z powodu mojego odrzucenia, ale nie zamierzałam zmieniać swojej postawy. Czułam się zbyt zraniona.

– Co tu się stało? – postanowiłam zapytać, chcąc, jak najszybciej zmienić temat. Poza tym, naprawdę mnie to interesowało, w końcu dotyczyło moich rodziców.

Widziałam zmieszanie na twarzy dziewczyny, pospiesznie spuściła głowę, udając, że mnie nie usłyszała. Jednak nie poddawałam się, powtórzyłam pytanie kilkukrotnie, aż w końcu zwróciłam na siebie jej uwagę.

Westchnęła ciężko, powoli przenosząc wzrok na pozostałą trójkę, sprawnie unikając oczekującej przeze mnie odpowiedzi.

– To Ron. – wskazała na rudowłosego chłopaka, który w ciszy przyglądał się naszej wymianie zdań, dokładnie tak, jak stojąca obok niego dziewczyna, która była do niego bardzo podobna. Hermiona przedstawiła ją, jako Ginny. Okazało się, że to rodzeństwo. Nie zdziwiłam się. – A tam, Harry. – dłonią wskazała na ciemnowłosego, który właśnie przyglądał się ruinom ogrodzenia, które kiedyś otaczało ten budynek.

– Chodźmy stąd. – mruknął cicho, powoli cofając się do tyłu. Zmarszczyłam brwi, kiedy pozostali spojrzeli na siebie porozumiewawczo. – Hermiono, wyciągnij świstoklik. – dodał, gdy stanął obok mojej siostry.

– Możecie mi to wyjaśnić? – warknęłam, krzyżując ręce na piersi.

– Tak, ale nie tutaj. To nie jest bezpieczne miejsce. – odparł ciemnowłosy, którego Hermiona przedstawiła, jako Harry'ego. Skinęłam głową, cicho wzdychając. Podeszłam bliżej nich, zastanawiając się, czego dziewczyna znowu szukała w swojej torbie. Po chwili wyciągnęła z niej srebrny kielich z niebieskimi oczkami.

– Musisz go złapać, dokładnie tak, jak my. Pod żadnym pozorem go nie puszczaj, rozumiesz? – zwróciła się do mnie Ginny, chwytając mnie za rękę. – Będę Cię trzymała, dla dodatkowej ochrony, okej? – przytaknęłam, chociaż nie byłam do końca pewna, czy postępuję słusznie.

– Bo, tam, gdzie się przeniesiemy, świat wygląda inaczej. Pamiętaj, nikt nie może wiedzieć kim naprawdę jesteś.

– To zaczyna się robić chore, Hermiono. – rzuciłam, kręcąc głową w niedowierzaniu. Oni zaczynali mnie przerażać.

– Musisz mi zaufać, nawet, jeśli tego nie chcesz. – dodała cicho, wyciągając przed siebie kielich. Przełknęłam ślinę i tak, jak reszta złapałam za jego fragment. Rudowłosa chwyciła mnie za dłoń, a gdy na nią spojrzałam, uśmiechnęła się pocieszająco.

– Będzie dobrze. – mruknęła, ściskając moją rękę. Ten gest sprawił, że nieco się uspokoiłam. Niestety, jedynie na moment, ponieważ, kiedy Hermiona wypowiedziała słowo Hogwart, krajobraz dookoła nas zaczął się zmieniać. Falował, a kolory stały się o wiele jaśniejsze, niż normalnie. Postanowiłam zamknąć oczy, modląc się o to, aby to wszystko dobiegło końca.

*

– Bo, ocknij się. – poczułam szturchnięcie w ramię, a moje nogi ponownie zetknęły się z ziemią. Automatycznie upadłam na kolana, dotykając dłońmi zimnej, kamiennej posadzki. Słyszałam nad sobą śmiech, jednak postanowiłam to zignorować.

– Możesz już wstać. – rzucił bardzo rozbawiony Ron. Hermiona ścisnęła jego ramię, próbując przywołać go tym gestem do porządku. Niestety, z marnym skutkiem.

– Dajmy mu chwilę. – mruknął Harry z szerokim uśmiechem na twarzy. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nagle tak się rozluźnili.

Otrząsnęłam się z zamyślenia, w końcu podnosząc się z ziemi. Stanęłam przed nimi, wcześniej otrzepując kolana z kurzu, który zalegał na podłodze, która swoją drogą była naprawdę chłodna. Powoli uniosłam głowę, rozglądając się dookoła siebie. Zmarszczyłam brwi, gdy zdałam sobie sprawę, że znajdowałam się w miejscu, które przypominało lochy. Skierowałam wzrok na przejście, oświetlone jedynie pochodniami.

– Gdzie my jesteśmy? A przede wszystkim, jak się tu znaleźliśmy? – zapytałam, wciąż przyglądając się wszystkiemu, co mnie otaczało. Naprawdę próbowałam pojąć wydarzenia sprzed kilku minut, jednak nie byłam w stanie wymyślić żadnego logicznego wytłumaczenia na to.

– Zaraz się wszystkiego dowiesz, ale najpierw musimy dostać się do gabinetu dyrektora. – odpowiedziała Ginny, wskazując dłonią na przejście, któremu się przyglądałam. – Chodźmy. – dodała, ruszając w owym kierunku. Wzięłam głęboki oddech, po czym skierowałam się za nią, czując za sobą obecność pozostałych, w tym mojej siostry.

W trakcie drogi analizowałam każdy szczegół w mijanych przez nas pomieszczenia. W końcu doszłam do wniosku, że znajdowaliśmy się w jakimś ogromnym zamku. Wyglądał naprawdę imponująco wewnątrz, dlatego poczułam ogromną chęć obejrzenia go z zewnątrz.

Nie wiedziałam, ile dokładnie przeszliśmy pięter, ale odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu zatrzymaliśmy się przed jakimś posągiem. Uznałam, że już nic nie zdoła mnie tutaj zadziwić, dlatego milczałam, gdy gargulec, wyglądający na strażnika, po usłyszeniu najprawdopodobniej hasła, otworzył dla nas przejście.

– Cytrynowy sorbet, poważnie? Czy my znajdujemy się w jakieś cukierni? – mruknęłam ironicznie, wchodząc po krętych, kamiennych schodach.

– Nasz dyrektor przepada za słodyczami, to dlatego. – wyjaśniła Hermiona, na co przewróciłam oczami, jednak nie odpowiedziałam. Przyspieszyłam kroku, przeskakując po dwa stopnie, aż w końcu znaleźliśmy się w przestronnym pomieszczeniu, pełnym regałów z książkami, dziwnymi przedmiotami oraz wielkim, drewnianym biurkiem, za którym siedział mężczyzna z długą, siwą brodą, spoglądający na nas z uśmiechem.

– Witam Cię, Bo. Nazywam się Albus Dumbledore, jestem dyrektorem tej szkoły. – zmarszczyłam brwi, kierując zdziwiony wzrok na staruszka.

– Skąd...

– Twoja siostra opowiadała mi o Tobie, w końcu dzięki niej możesz tu przebywać. – wtrącił, odpowiadając na moje niedokończone pytanie. – Tylko w ten sposób mogła zapewnić Ci odpowiednie bezpieczeństwo.

– Czy otrzymam w końcu wyjaśnienia związane ze spalonym domem, zniknięciem rodziców, tym czymś, dzięki czemu się tu dostaliśmy...

– Oczywiście. – odparł, wciąż się uśmiechając. Wyglądał naprawdę miło, na osobę godną zaufania. – Usiądź, to może trochę potrwać. – dodał, wskazując dłonią na drewniany fotel, obity miękkim, zamszowym materiałem w czerwonym kolorze. Wykonałam prośbę, rozsiadając się wygodnie. – Więc, twoja siostra oraz jej przyjaciele to czarodzieje. – otworzyłam szeroko oczy, kręcąc głową w niedowierzaniu.

– Oni, co?

– W naszym magicznym świecie, jesteś mugolem, ponieważ nie posiadasz żadnych zdolności paranormalnych. Hermiono, proszę pokaż Bo, co potrafisz. – przełknęłam ślinę, powoli obracając się w stronę kasztanowłosej. Dziewczyna przytaknęła, wyciągając z tylnej kieszeni spodni długi, cienki patyk. –  To różdżka. – wyjaśnił mężczyzna, widząc mój wyraz twarzy. Westchnęłam cicho, próbując powoli oswoić się z owymi informacjami, kiedy nagle z trzymanego przez moją siostrę przedmiotu zaczęło płynąć niebieskie światło, które roztrzaskało jeden z wazonów, stojących na stoliku. Po chwili kolejny raz machnęła różdżką, mrucząc pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa, a kawałki porcelany złożyły się w całość, z powrotem tworząc wcześniej zniszczoną rzecz.

– Więc, kontynuując. Znajdujesz się właśnie w Hogwarcie, szkole dla czarodziei. – powoli skinęłam głową, wracając spojrzeniem na dyrektora.

– Dlaczego tu jestem? Przecież sam pan powiedział, że nie wykazuję żadnych zdolności magicznych. – mruknęłam, krzyżując ręce na piersi.

– Cieszę się, że masz otwarty umysł, panienko Granger. Dzięki temu szybciej wszystko zrozumiesz. Odpowiadając na twoje pytanie, niestety, w naszym świecie dzieją się złe rzeczy. Ludzie, z którymi przyjdzie nam walczyć zniszczyli wasz rodzinny dom, ale na szczęście udało nam się uratować Jane i William'a. Mieszkają w północnej części Szkocji, zmieniliśmy im tożsamość, dzięki czemu zniwelowaliśmy grożące im niebezpieczeństwo. Jednak Hermiona nie przewidziała twojego powrotu, więc decyzja o zabraniu Cię tutaj została podjęta w szybkim, demokratycznym głosowaniu. Ale w  szkole znajdują się także zdrajcy, którzy w przyszłości z chęcią staną za stroną zła, dlatego musimy nieco zmienić Ci tożsamość, a przede wszystkim pochodzenie.

– Chwila, czyli, jeżeli dobrze zrozumiałam, mam udawać czarodzieja? – w tym momencie, naprawdę cieszyłam się z tego, że siedziałam, w innym wypadku z wrażenia upadłabym na ziemię.

– Dokładniej to czarodziejkę,  pochodzącą z Paryża, która przybyła do nas z powodu przeprowadzki rodziny. - przerwał na moment, szukając czegoś w swojej szafce. Gdy mu się to udało, powrócił na mnie swoim spojrzeniem. - Bo La Croix, witam nową uczennicę Hogwartu. – mężczyzna klasnął w dłonie, podnosząc się ze swojego fotela, podając mi niewielką plakietkę z moimi nowymi danymi. Przełknęłam ślinę, także powoli wstając, co było ogromnym wyzwaniem, ponieważ z powodu natłoku informacji, moje nogi były, jak z waty.

– Do jakiego domu trafi? – wtrącił Ron, przyglądając się dyrektorowi z pytającym wyrazem twarzy.

– Do Gryffindoru. Panienko La Croix, musisz udawać, że masz pojęcie o magii. Mam dla Ciebie imitację różdżki, proszę. – mężczyzna podał mi białe pudełko, w którym znajdował się cienki, długi patyk w tym samym kolorze. – Ach, profesorowie wiedzą o Twoim mugolskim pochodzeniu, jednak staraj się nie wychylać, na lekcjach nie rozmawiaj, zachowuj się, jakby Cię tam nie było. – przytaknęłam, wciąż w oszołomieniu przyglądając się mojej nieprawdziwej różdżce. Nigdy bym nie pomyślała, że moja siostra mogła być kimś innym, niż zwyczajnym człowiekiem, jak ja.

– Czy rodzice, czy oni...

– Nie, są stuprocentowymi mugolami. Hermiona dostała geny poprzednich pokoleń. – odetchnęłam z ulgą. Czyli nie byłam wyrzutkiem, który nie spełnił oczekiwań rodziców. – Twój mundurek czeka na Ciebie w dormitorium, które będziesz dzieliła razem z Hermioną.

– Profesorze, ale co z M... – mężczyzna uciszył ją gestem dłoni.

– Poradzicie sobie, wierzę w was. – dodał jeszcze, po czym pożegnał nas z powodu zbliżającej się pory kolacji, która, jak zostałam poinformowana odbywała się w Wielkiej Sali, gdzie znajdowali się wszyscy uczniowie Hogwartu.

– I ja mam tam, tak po prostu wejść? – jęknęłam cicho, spuszczając ramiona wzdłuż tułowia.

– Oczywiście, że nie. – z ulgą wypuściłam powietrze, jednak moje szczęście nie trwało zbyt długo, ponieważ słowa, które chwilę później wyszły z ust dyrektora tego miejsca, szczerze mnie załamały.

– Wyjdziesz ze mną na środek, a ja przedstawię Cię wszystkim. 

*

»
Layout by TYLER